sobota, 5 czerwca 2010

ta cisza jest niepotrzebna


To było pożegnanie.Uprzejme I niemal bezbolesne, jeśli nie liczyć tego milczącego czekania. Na koniec. Na nigdy nie wypowiedziany, ale jednak – koniec. Czekałam na niego odkąd przyszedłeś. Uprzejmie się rozgościłeś, zaparzyłeś kawę – nawet pamiętałeś żeby dla mnie zrobić w moim kubku, a mój kubek to ten różowy... Wszystko takie grzeczne I poukładane. Od-tąd-do-tąd I ani pierolonego milimetra dalej. A ja czekałam - na jąkąś bombę, jakiś huk, harmider, hałas... trzęsienie ziemi albo trzaśnięcie oknem. Czekałam na jakąś drzazgę, rysę, zgrzyt, pisk czy chropowatość... Na jakiś powód, albo dowód. Cokolwiek co pozwoliłoby mi zdozumieć. Dlaczego?
To koniec. Taki uprzejmy I grzeczny I poukładany. Taki spokojny na przekór moim niepokojom. Taki niewypowiedziany na bakier ze wszystkim wypowiedzianym wtedy słowom. Wyciągnęłam nawet mapę, żeby zaplanować wakacje na które nikt z nas nie pojedzie. Prez moment myślałam że się złamiesz. Tuż przed wyjściem przykucnąłeś schowałeś głowę w moich kolanach a potem popatrzyłeś jakbyś przepraszał... Za co? Pewnie za nic. Bo NIC jes największe I najbardziej boli.
Tsk tu teraz cicho. Tak pusto. Tak niespokojnie.
Żadna to dobra-noc.