poniedziałek, 11 marca 2013
Pycha
niby wiem, że tak nie wolno, bo ludzie mają
swoją wolność, a ja całą moją pewność mam w Bogu... ale jednak nadal
próbuję sama poskładać wszystkie elementy, wyczytać z nich przyszłość,
widzieć więcej niż jest przede mną odsłonięte... wycisnąć z tego co mi
dane każdą kroplę, zbudować na niej choćby zamek z piasku... no tak,
wiem, że to bez sensu. ale nadal próbuje...
piątek, 15 lutego 2013
deska, ratunek i miłość.
„I tego się trzymaj!” – odwrócił się i odszedł zostawiając mnie z kawałkiem deski w ręce.
Deska kiedyś była półką, ale jeszcze wcześniej była czymś więcej.
Deska miała sęki, które dobitnie przypominały jej, że kiedyś była drzewem. Rosła sobie spokojnie, na łące, wśród śpiewu ptaków i kwiatów i innych kolorowych skrzydeł motyli. Deska pamięta też swój strach przed burzą i jeden nieprzyjemny moment - gdy jakiś człowiek, przyszedł i nożem wyciął, na jeszcze wtedy pokrytej korą desce, krzywymi literami szczere wyznanie: „Elka + Ja = MIŁOŚĆ”. To było dawno, ale deska pamięta, że tego dnia płakało całe drzewo. Bo całe drzewo czuło jej ból. A potem łzy drzewa zamieniły się w błyszczące bursztynową barwą krople żywicy. Rana się zagoiła i od tamtej chwili deska wiedziała co to ból i łzy, ale też co to znaczy być częścią wielkiego drzewa.
Deska pamięta, że drzewo miało liście. Liście brzęczały i szeleściły kiedy wiatr poruszał nimi z wprawą wytrawnego jakiegoś muzyka-cymbalisty. A potem liście w tańcu spadały na ziemię, zmieniając barwę z zielonych, na rdzawo-czerwoną. Deska lubiła tą roztańczoną liśćmi jesień. Nawet gdy przychodziły zimowe chłody, deska w drzewie trwała. Wtulona w całą resztę, śniła o słońcu i o tym, że wiosną znów wrócą mrówki łaskotać ją po korze…
Deska wtedy nie wiedziała co ją czeka. Różni ludzie wokół niej się kręcili, ale nigdy nawet nie przypuszczała, że może stać się coś takiego - coś złego. Coś co nieodwracalnie wyrwie ją z jej drzewa. Jak to dokładnie było - deska nie pamięta. Inne deski opowiadały jej o jakiejś pile, która w przerażającym huku i wyciu, przecina pień drzewa. Podobno zawsze wtedy drzewo milczy. Podobno też wtedy w ogóle nie szeleszczą liście i jest tak, jakby liście w ciszy chciały uczcić to, że teraz będzie już tylko ich powolny i nienaturalny koniec. Podobno też wtedy, wśród wrzasku ptaków i huku piły, gałęzie upadającego drzewa próbują złapać się chmur, ale tylko rozrywają je na strzępy i odsłaniają obojętnie łagodny kolor nieba.
Na szczęście deska tego wszystkiego nie pamięta.
Deska ocknęła się gdy była już tylko deską. Następne co pamięta to to, że cieszyła się na swój smukły kształt i ciepły kolor.
Potem działy się różne rzeczy i deska była w różnych miejscach, gdyż życie deski było długie, barwne i burzliwe. Deska podróżowała i mieszkała w różnych miejscach, poznawała różnych ludzi. Widziała ich życie i nawet trochę brała w tych wszystkich ludzkich życiach udział. Najpierw było wspaniale, a po tym z każdym kolejnym życiem - coraz gorzej. Deska nawet nie wiedziała kiedy ze wspaniałej, stała się resztką samej siebie. Ktoś ją wyrzucił, a ktoś inny wpadł na pomysł, że może nada się do spalenia.I tak trafiła w moje ręce. Została mi dana jak krzyżyk na odchodne, jak błogosławieństwo na drogę...
Chciałam Go zatrzymać, zawołać coś za Nim… zanim odejdzie.
Ale nie zawołałam. Stałam trzymając się deski. Czułam w dłoniach jej szorstkość i niewytłumaczalne ciepło. Ciepło miłości które deska dostała od drzewa. Miłości, która pulsuje w niej i żyje życiem jakiego nie mogłabym przeżyć nawet gdybym miała ich cztery.
Trzymałam dekę w dłoniach i czułam jak korzeniami sięgam sedna i początku ziemi. Czułam jak Ewa zrywa z gałęzi jabłko i woła do siebie Adama. Czułam jak Bóg sprawia, że zaczynam się Ja i czułam, że … nigdy nie kończy się miłość. A miłość jest jak woda, bez niej nie ma życia. Zanurzam się w niej, choć wcale nie płynę.
I to tyle. Tak to właśnie było.
Mój ratunek. Moja deska.
I woda.
I miłość.
środa, 30 stycznia 2013
„Tak, jednak jestem bez serca” – powiedziałam i upadłam twarzą na zastawiony obiadem stół
Matka załamała ręce, gdyż cały ranek stała nad garnkiem z zupą pomidorową odparowując z niej wszystkie witaminy i doprowadzając mielone do skrajnego wysączenia z tłuszczu. Tyle roboty, tyle jedzenia (!), wszystko na nic… Ojciec podniósł zdumiony wzrok, bo przesunęłam mu tym nagłym atakiem bezżycia suto obładowany tłuczonymi ziemniaczkami talerz. Poprawił zsuwające się z nosa okulary i odchrząknął poirytowany.
A ja uniosłam się nad nimi i widziałam i swoje ciało i Matkę i Ojca i pęknięty na pół talerz, z którego wyciekała gęsta czerwona breja. I nie czułam żalu, ani nawet głodu… ani strachu, że TA PLAMA SIĘ JUŻ NIE DOPIERZE.
Coś mi mówiło, że to już koniec, a ja tu nie należę. Co się stało to się nie odstanie i coś dalej jeszcze było o mleku, ale teraz już nie pamiętam i dlatego dokładnie nie przytoczę. Chyba nawet się w tamtej chwili uśmiechałam, choć nie jestem pewna, bo nie miałam przed sobą lusterka. Taki mi jakoś swobodnie było, czysto i lekko. Wyraźnie nie miałam też już oddechu, bo w przeciwnym razie zupa w talerzu by bulgotała. Ręka bezładnie kołysała się imitując ruch wahadła ściennego zegara. Tik tak, tik tak, tik tak… dźwięk był daleki i obcy, a ja byłam już poza czasem. Może mijały sekundy, a może długie godziny. Może ktoś coś mówił może nawet krzyczał. Pies podszedł do mojej ręki i ją polizał. Nie czułam ani ciepła, ani dotyku nic. Ktoś mnie szarpał, ktoś tarmosił, ktoś odwrócił moje ciało i próbował przywrócić je do życia. Nad domem unosiła się tęcza. Widziałam las, a na jego skraju cmentarz. Widziałam sarnę skubiącą przymarzniętą trawkę na skraju zasypanej śniegiem łąki. Widziałam autobus i kawałek dalej biegnącego za nim człowieka. Nie zdążył, spóźnił się, czasami tak jest - mimo, że biegniesz i tracisz oddech – i tak się nie udaje, na coś jest za późno, choć jeszcze chwilę temu wydawało się za wcześnie…
Jest we mnie ptak, z rozpostartymi skrzydłami wyrywa się ze mnie. Trzepocze w desperacji uderzając powietrze. Jest we mnie ptak i ma gniazdo w miejscu gdzie inni ludzie miewają serca. Czasem, aż mi rozrywa próbujące złapać oddech piersi. To boli. Ale tylko przez chwilę, bo kiedy wyrwie się, kiedy ulatuje ze mnie… to tak jakby spadł deszcz, albo… nawet nie wiem jak to opisać. Może to jest szczęście. Może wiedziałabym co to za uczucie, gdybym miała choć kawałek własnego serca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


