niedziela, 15 sierpnia 2010

nie mogę...

Związałeś mi język i dłonie i stopy na supełek. Ani Cię dotknąć, posmakować, ani nijak zbliżyć się do Ciebie. Nic nie rozumiem i chyba nawet rozumieć nie chcę. Czuję całą sobą i bezmyślnie jak ćma do światła brnę w przeciwną od właściwej stronę. Niepotrzebnie. Powinnam odwrócić się i odejść. Ale nie mogę. Związałeś mi języki i stopy i dłonie ...

środa, 11 sierpnia 2010

ostatnio...


...niewiele śpię. W nocy budzą mnie kosmiczne potwory, które pożerają małe dzieci. Właściwie nie dzieci tylko bezkształtne ciałka, które na twarzach mają jedynie otwór gębowy. Sceneria jest luksusowa. Marmurowy basen, szklane ściany i kobiety w kapeluszach. Trwa impreza. Potwór jest gościem honorowym, więc nikt mu się nie sprzeciwia, ale wszyscy dyskretnie i ze strachem zmierzają do wyjścia.

Potwór bawi się w najlepsze. Tańczy, podśpiewuje. Wie, że za chwilę przekąsi słodkie, małe dziecko. Cała reszta sparaliżowana strachem tylko grzecznie się uśmiecha. Potwór wywija dzieckiem trzymanym za nóżkę, jak pluszową zabawką. Dziecko nawet nie płacze. Ja też tam jestem. Jak wszyscy, wzrokiem szukam wyjścia i myślę, że nic mnie nie obochodzi los dziecka - ktoś w końcu podał je Potworowi, więc to jego wina! Ja tylko chcę stąd wyjść i poszukać bezpiecznego miejsca. Olać kawior. W pobliżu Potwora, albo dziecka - już sama nie wiem - nie czuję się bezpieczna.

Budzę się z piekącym przełykiem, jakbym to ja pożarła dziecko.

Tłukę się po mieszkaniu i za oknem szukam księżyca. Myślę o słowach, których nie wypowiedziałam i pewnie nigdy nie wypowiem. Ćwiczę je w sobie z nadzieją, że końcu wyrzucę je z siebie. Że w końcu powiem prawdę, że ten jedyny, pierwszy raz będę z Nim szczera. A potem sama sobie odbieram nadzieję, udowadniam, że już nie ma po co... To już nie ma najmniejszego sensu.

Nie On, ale ja pożarłam to dziecko głodne miłości. Tylko tyle chciało. A ja je zjadłam. Po prostu.

To ja jestem Potworem?

piątek, 6 sierpnia 2010

jak złoto, jak żaba...

za oknem obrywa się niebo, roztrzaskuje na pół i przechodzi dreszczem po napietej od czekania skórze.
Tak - czekam.
Gdybyś to usłyszał, pewnie podniosłbyś ze zdziwienia brew, a ja poczułabym ochotę żeby koniuszkiem palca rozprostować zmarszczkę na Twoim czole. Ochotę którą
skrzętnie schowałabym za beztroskim uśmiechem i lekceważącym słowem wypadającym mi z ust jak żaba, rapucha, gad jadowity ... wszystko, żeby tylko nie pozwolić Ci dotknąć swojego serca. Więc nie powiem nic. Milczenie jak złoto, albo jak cierń wpijający się w najczulsze miejsce. Gdybym mogła to bym skoczyła. Na oślep.Tak bym chciała... Gdybym mogła to bym się rzuciła. Gdybym umiała to bym nawet nie plynęła tylko jak kamień poszła na dno i nawet nie próbowała wyszarpnąć stopy z plątaniny wodorostów... Ale nie umiem, nie mogę, znowu osuwam się pod swoją ścianę i tulę się do jej chropowatej powierzchni która w tym deszczu nawet wydaje się ciepła. Moja ściana, moja rownaważnia, moje ... bezpieczeństwo.


Pod moją ścianą czekam. Na ulgę.
Na to aż puści skurcz trzymający moje serce Twoją ręką.

Bo wszystko to było na nic.