środa, 11 sierpnia 2010

ostatnio...


...niewiele śpię. W nocy budzą mnie kosmiczne potwory, które pożerają małe dzieci. Właściwie nie dzieci tylko bezkształtne ciałka, które na twarzach mają jedynie otwór gębowy. Sceneria jest luksusowa. Marmurowy basen, szklane ściany i kobiety w kapeluszach. Trwa impreza. Potwór jest gościem honorowym, więc nikt mu się nie sprzeciwia, ale wszyscy dyskretnie i ze strachem zmierzają do wyjścia.

Potwór bawi się w najlepsze. Tańczy, podśpiewuje. Wie, że za chwilę przekąsi słodkie, małe dziecko. Cała reszta sparaliżowana strachem tylko grzecznie się uśmiecha. Potwór wywija dzieckiem trzymanym za nóżkę, jak pluszową zabawką. Dziecko nawet nie płacze. Ja też tam jestem. Jak wszyscy, wzrokiem szukam wyjścia i myślę, że nic mnie nie obochodzi los dziecka - ktoś w końcu podał je Potworowi, więc to jego wina! Ja tylko chcę stąd wyjść i poszukać bezpiecznego miejsca. Olać kawior. W pobliżu Potwora, albo dziecka - już sama nie wiem - nie czuję się bezpieczna.

Budzę się z piekącym przełykiem, jakbym to ja pożarła dziecko.

Tłukę się po mieszkaniu i za oknem szukam księżyca. Myślę o słowach, których nie wypowiedziałam i pewnie nigdy nie wypowiem. Ćwiczę je w sobie z nadzieją, że końcu wyrzucę je z siebie. Że w końcu powiem prawdę, że ten jedyny, pierwszy raz będę z Nim szczera. A potem sama sobie odbieram nadzieję, udowadniam, że już nie ma po co... To już nie ma najmniejszego sensu.

Nie On, ale ja pożarłam to dziecko głodne miłości. Tylko tyle chciało. A ja je zjadłam. Po prostu.

To ja jestem Potworem?