środa, 30 stycznia 2013

„Tak, jednak jestem bez serca” – powiedziałam i upadłam twarzą na zastawiony obiadem stół


Matka załamała ręce, gdyż cały ranek stała nad garnkiem z zupą  pomidorową odparowując z niej wszystkie witaminy i doprowadzając mielone do skrajnego wysączenia z tłuszczu.  Tyle roboty, tyle jedzenia (!), wszystko na nic… Ojciec podniósł zdumiony wzrok, bo przesunęłam mu tym nagłym atakiem bezżycia  suto obładowany tłuczonymi  ziemniaczkami talerz. Poprawił zsuwające się z nosa okulary i odchrząknął poirytowany.
A ja uniosłam się nad nimi i widziałam i swoje ciało i Matkę i Ojca  i pęknięty na pół talerz, z którego wyciekała gęsta czerwona breja. I nie czułam żalu, ani nawet głodu… ani strachu, że TA PLAMA SIĘ JUŻ NIE DOPIERZE.
Coś mi mówiło, że to już koniec, a ja tu nie należę. Co się stało to się nie odstanie i coś dalej jeszcze było o mleku, ale teraz już nie pamiętam i dlatego dokładnie nie przytoczę. Chyba nawet się w tamtej chwili uśmiechałam, choć nie jestem pewna, bo nie miałam przed sobą lusterka. Taki mi jakoś swobodnie było, czysto i lekko. Wyraźnie nie miałam też już oddechu, bo w przeciwnym razie zupa w talerzu by bulgotała. Ręka bezładnie kołysała się imitując ruch wahadła ściennego zegara. Tik tak, tik tak, tik tak… dźwięk był daleki i obcy, a ja byłam już poza czasem. Może mijały sekundy, a może długie godziny.  Może ktoś coś mówił może nawet krzyczał. Pies podszedł do mojej ręki i ją polizał. Nie czułam ani ciepła, ani dotyku nic. Ktoś mnie szarpał, ktoś tarmosił, ktoś odwrócił moje ciało i próbował przywrócić je do życia. Nad domem unosiła się tęcza. Widziałam las, a na jego skraju cmentarz. Widziałam sarnę skubiącą przymarzniętą trawkę na skraju zasypanej śniegiem łąki.  Widziałam autobus i kawałek dalej biegnącego za nim człowieka. Nie zdążył, spóźnił się, czasami tak jest - mimo, że biegniesz i tracisz oddech – i tak się nie udaje, na coś jest za późno, choć jeszcze chwilę temu wydawało się za wcześnie…
Jest we mnie ptak, z rozpostartymi skrzydłami  wyrywa się ze mnie. Trzepocze w desperacji uderzając powietrze. Jest we mnie ptak  i ma gniazdo w miejscu gdzie inni ludzie miewają serca. Czasem, aż mi rozrywa próbujące złapać oddech piersi. To boli. Ale tylko przez chwilę, bo kiedy wyrwie się, kiedy ulatuje ze mnie…  to tak jakby spadł deszcz, albo… nawet nie wiem jak to opisać. Może to jest szczęście. Może wiedziałabym co to za uczucie, gdybym miała choć kawałek własnego serca.