





Przeskoczyłam furtkę i nogi poniosły mnie same daleko od warzywnego ogrodu mojej matki. Zimą tam nic nie rośnie, tylko straszy pustymi tyczkami, których latem czepia się fasola. Uciekałam przełykając łzy i ścierając z policzka ślad po jej niezdarnym pocałunku. Na ramionach czułam resztki jej dotyku. Biegłam i biegłam i czekałam na zmęczenie tą bezustanną ucieczką. Ale nie przyszło. Poczułam tylko złość, że ciągle jestem za blisko...
Kiedy zadzwoniła mijałam porośnięte pożółkłą trzciną jezioro. Na jeziorze drewniany pomost, przy pomoście łódeczka. Mogłoby być pięknie, gdyby świeciło słońce. Ale nie świeciło, tylko mżyło. Psia pogoda, biednemu wiatr w oczy... myślę, że za mało wymyślono przysłów o tym jak to źle nieszczęsnemu i wiecznie pod górkę w kłopocie ...
Zacisnęłam pięści i starałam się nie słuchać flamingów z różowymi dziobami, które spacerowały tuż obok pawi i z zazdrością patrzyły na ich ogony. A ona dzwoniła i dzwoniła.. i to chyba przez ten przeklęty telefon czułam się, tak jakby ciągle była za blisko. Wrzuciłam telefon do jeziora.
Dlatego nie odbieram. Dlatego nikt nie dzwoni. Dlatego w uszach mam tylko świdrującą ciszę zamiast lśniących kolczyków. Dlatego nigdzie nie przyjdę ani jutro, ani pojutrze. Może przyjdę za tydzień, ale nie obiecuję. Nie lubię obiecywać. Bo obietnice to słowa, lepkie jak źle wyrobione ciasto drożdżowe. Miałam smażyć racuchy, ale drożdże rozrosły mi się w torbie z zakupami. Między jajkami i mlekiem. Między makaronem, a resztką miłości. Nie nadawały się już do niczego.
Niech ktoś zabierze zazdrosne flamingi. Drażnią mnie ich różowe dzioby. Uciekłam. Telefon parzy w kieszeni, bo woda w jeziorze była gorąca. Wykąpałam się i idę z mokrymi włosami. W stronę księżyca. Ktoś obiecał mi, że poprowadzi mnie w stronę słońca, ale zabrakło mu drożdży i teraz prosi "wybacz najdroższa". Wybaczam i idę, z mokrymi włosami w jedynym kierunku jaki mi pozostał.



