
ktoś popsuł mi pilota. Więc setny raz oglądam ten sam popieprzony film i za każdym razem denerwuję się dokładnie w tych samych momentach. To leci jakoś tak: Oni się poznają, on całuje ją w usta, a ona przytula się do jego ręki. Jest pięknie, aż rzygać się chce, jak to zwykle na miłosnych filmach. Potem on o coś pyta, a ona nie może wydobyć z siebie głosu. Wtedy właśnie zaczynam się denerwować: "powiedz, powiedz mu idiotko!". Ona jakby mnie słyszała, ale nadal uśmiecha się głupkowato i udaje, że nic się nie dzieje. Tymczasem ona jest chora, na jakąś tajemniczą chorobę, i może gdyby mu powiedziała, to on by ją może jakoś wyleczył, albo zrozumiał, albo trzymał taką świrującą za rękę i był takim romatycznym bohaterem. A ta choroba jest straszna, bo zamienia ją w kretynkę kompletną, i ona wtedy mówi rzeczy owrotne niż myśli i robi różne głupie, a nawet baaardzo głupie rzeczy takie, że nawet wstyd opowiadać... No i wtedy on (jak to facet) odchodzi. Wtedy ja krzyczę: "zatrzymaj go, zatrzymaj, nie rób tego, nie rób!", ale ona z jeszcze bardziej obojętną i hardą miną mówi mu: rozumiem, zgadzam się tak będzie najlepiej, a właściwie to była moja decyzja...
Wtedy ja płaczę, bo czuję jak ją wszystko boli. A ona nadal nic nie pokazuje. Ale ja i tak widzę jaka jest samotna i jaka głupia, i jak w tej swojej samotności i ciszy jest beznadziejna i żałosna. Chciałabym ją przytulić, pogłaskać, powiedzeć, że nastepnym razem będzie lepiej... ale nie mogę. Ktoś popsuł mi pilota i nie mogę wrzucić nowego ładnego filmu i zaczyna się ten sam popieprzony. Od nowa i od nowa. I zawsze boli tak samo i zawsze zaciskam pięści i zawsze krzyczę i płaczę ... wszystko za nią. I już mam dosyć. W sumie już nawet dawno mam dosyć.
A jak bardzo dosyć musi mieć ona?


